Zimno i mokro...

Luna
04-04-2009

Zauważyłem, że moja Pani pakuje plecak i napełnia woreczek ze smakołykami... no jak w mordę, jadę się pobawić z Woodym, bo co innego?

Tak, jak przypuszczałem, idziemy do samochodu i ruszamy w podróż. Ależ mnie energia roznosi, piszczę, wiercę się, poganiam ich... no przecież kumpel na mnie czeka.

Na szczęście, jakoś wytrzymałem i dotarliśmy na miejsce. Wysiadamy z auta i... coś mi tu nie pasuje. Płot, furtka, jakiś Obcy otwiera. Moi Państwo się śmieją, no to ja też zapitalam ogonkiem i pcham się do środka. I tak mocno podekscycowany, znaczy się ucieszony, idę szukać Woodiego. A tu nagle zaskoczenie.
Zza domu wyskakuje Ona. Zupełnie nowa koleżanka. Luna się nazywa i jest labra... coś tam... ką. Jej Panią jest Monika, ale mieszka też razem z Kasią, Piotrkiem i Dominikiem. To są znajomi moich Państwa. Oczywiście jako ostatni dowiedziałem się, że umówili się razem z nimi na wspólny spacer nad rzeką. Ale zanim... to ja się tu porozglądam.
O miska! Coś w niej jest. O, już nie ma:)

Luna od samego początku bardzo mi się spodobała, widać, że wie, co to poszaleć. Chociaż ona chyba miała jakieś wątpliwości, bo co do niej podskakiwałem, kłapała szczęką, jakby chciała mnie capnąć.
Moi Państwo się śmiali, że kłapie jak bocian, hm... czy ja wiem, mnie to raczej przypominało dziób jakiegoś ptaka... nieważne.
Poszliśmy na spacer. No i się zaczęło bieganie, hasanie, przynoszenie patyków. No dobra... ja tylko za nimi biegłem, to Luna przynosiła. Przyznam się, że jakoś ciągle nie widzę sensu oddawać komuś patyk, który sam wyrzucił.
Spacer był super, aż do pewnego momentu.

Moi Państwo chcieli mi pokazać rzekę. Najpierw Luna do niej pomału wchodziła i jakoś tak bardzo się cieszyła. Nie wiem z czego. Ja stanąłem na brzegu, spróbowałem się napić. No nawet łapę włożyłem do środka... brrrr, zimno. Nie byłem do końca przekonany, że to jest fajne. Wszyscy jakoś tak mi się przyglądali i zachęcali, żeby wszedł. Mój Pan cały czas robił zdjęcia. Nagle usłyszałem, jak Monika mówi: bo jemu trzeba rzucić jakiś patyk. A że właśnie jeden trzymała w ręku, to...

Zimno! Zimno! Aj, aj! Oj ty mój malutki rozumku, a niech cię... macham, macham łapami, oj nie macham... łapię się wody, próbuję na nią skoczyć, ale jestem pod nią brrrrr. Co oni mi zrobili? Dobra, dobra, jakoś idzie... ależ oni się drą: Szerszeń, Szerszeń, tutaj! Czy to ważne gdzie? Ważne żebym był na górze a nie na dole. Nagle usłyszałem: "Luna ratuj" i zobaczyłem, jak się do mnie zbliża. Uff dobra, już wszystko wiem, już wychodzę...

Nawet nie wyobrażacie sobie, jak się wystrachałem. Ja nie wiem, co fajnego może być w rzece. Mój Pan też się przejął, nawet był gotów po mnie iść. No i z tego wszystkiego zrobił tylko jedno zdjęcie, jak płynę. Śmieje się, że pamiątka jest. No ja nie wiem, czy mi jest potrzebna taka pamiątka. Wystarczy, że się nauczyłem, że jak podchodzę do wody się napić, to muszę się położyć na brzegu plackiem "na żabę", żeby niechcący mi się nie wpadło.
Na szczęście zaczęliśmy z Luną od razu wariować na łące, szybko się ogrzałem i wysuszyłem kłaczki. Nie ma co... przygoda była niezapomniana, a Luna bardzo fajna, nawet ratować mnie chciała:)



           
           
           
       

Tworzenie stron WWW