Idzie Grześ przez wieś...

Grześ
14-03-2009

Taki sobie niby zwyczajny dzień był. Pani zaczęła się ubierać, znaczy się: idę se siknąć i kupona strzelić - normalka. No i jak zaplanowałem, tak zrobiłem. Sobie myślę, no to sprawa "załatwiona". Ale nieee... Pani mówi: idziemy na spacer. No ba, mi dwa razy nie trzeba powtarzać. No to idziemy... przez chwilę nawet przy nodze. Czego to się nie zrobi, żeby trochę poszaleć. Dotarliśmy do pobliskich trawniczków neptunowych, no i się zaczęło. Ganianie, hasanie, przeskakiwanie przez murki, zbieganie jak torpeda z górki i moja ulubiona ostatnio zabawa - krzyczenie tzn. Pani krzyczy na mnie, ja krzyczę na nią - rewelacja!

Wydawało mi się, że spacer dobiega końca, ale nieee...

Przez chwilę się zawiesiłem, bo wypatrzyłem jakiegoś kundelka i już zaczynałem kombinować, jak go dorwać, aż tu nagle... Szczeniak, normalnie szczeniak idzie do mnie. Szczeniak specjalnie dla mnie :)

Ja patrzę, a to ciocia Kika idzie i prowadzi mi szczeniaczka. Fajna ciocia, ona wie, że ja lubię psy. No i mi tłumaczy: to jest Grześ. Grześ, nie Grześ... ważne, że biegać będziemy, skakać sobie do gardeł, przewracać, za fafle łapać... dobra, to ostatnie, to może nie, bo Grześ nie ma fafli, bo ponoć to jajnik jest. Nieważne, bez fafli też może być.

Dobra, nie tracę czasu, ja do niego, a on... w pisk. Normalnie czegoś takie jeszcze nigdy nie słyszałem, no piszczy jak mysz. Nawet moja Pani zaczęła się z tego śmiać. Ale próbuję dalej, znowu pisk, no to ja zacząłem szczekać, a ten skubany, zęby mi pokazuje i dalej piszczy. Ależ mnie to zeźliło, jak zacząłem szarpać i się wyrywać, no ledwo mnie Pani utrzymała. No przecież się bawić mamy, a ty co?

Usłyszałem, jak moja Pani mówi coś o łące. He, a na łące, to mnie zawsze puszcza bez smyczy. Oj, czekaj jajniku, ja cię dopadnę. Jakoś zacisnę zęby i drogę przejdę spokojnie.

No, może zupełnie spokojnie nie było, bo jak już zaczynałem się bawić, to przypominałem sobie, że tupta To kawałek za mną i dalej współpracować nie chce. No nawet znalazłem taką sporą gałąź i zaproponowałem zabawę w patyczek, ale nic. Na całe szczęście łąka tuż tuż, a ja tylko czekam. No i stało się... Pani mnie puściła. Ależ był pisk, ale on uciekał. Chyba naprawdę wierzył, że mu się uda. A ja z jednej, z drugiej, to łapą go, to se szczeknę... hehe, ale się wydygał. I płacze i piszczy i goni za nogami swojej pani i wspina się, żeby go na ręce wzięła. A ciocia Kika jest taka śmieszna i mówi: Grześ, radź sobie, ja ci nie pomogę. Muszę przyznać, że się strasznie nakręciłem. Nawet nie słyszałem "siad", dopiero, jak zobaczyłem przysmaki, zrozumiałem, że trochę się muszę opanować, bo mi nie dadzą. Fajnie było, trochę patyków se wyszukałem, jakieś plastikowe butelki. Grześ z zaciekawieniem tylko zaglądał, ale strach silniejszy. No dobra, młody jest (4,5 mies.), może się jeszcze wyrobi. W sumie też chyba trochę poszalał, bo wracał na rękach u swojej Pani. A ja jej cały płaszczyk wysmarowałem z emocji.

Najśmieszniejsze było, że mój Pan nakazał dużo zdjęć zrobić... łatwo powiedzieć... :]



           
           
           

Tworzenie stron WWW