Słońce, niebo, ziemia, wiatr!

Wreszcie wolny!
14-09-2008r

Minęło kilka tygodni, odkąd ostatni raz tutaj zajrzałem. Przez ten czas wiele się wydarzyło. Jednak skupię się na sprawach najważniejszych.

           
           
31-08-2008r
Dziś był TEN dzień. Pierwszy raz mogłem opuścić mój domek i pohasać na trawce. Odbyło się to na działce rekreacyjnej taty mojego Pana. Opiekunowie zanieśli mnie tam na rękach (nie mam jeszcze kompletu szczepień). Początkowo próbowali użyć do tego torby, która pękła 200m od wyjścia z klatki. Do tej pory, na świat poza murami mojego domu, mogłem tylko patrzeć przez balkonową szybę.

           
Puścili mnie dopiero na samej trawce. Ilość nowych wrażeń, przeżyć, odczuć, zapachów, dźwięków - była wręcz oszałamiająca. Nie wiedziałem, co się wkoło dzieje. Nagle poczułem chęć wszystkiego powąchać, spróbować, dotknąć, pogryźć czyt. trawa, liście, roślinki, kamyczki itp. Oczywiście mój Pan i Pani pilnowali, żebym nie zjadł niczego, co mogłoby mi zaszkodzić.

           
Moim poczynaniom, przyglądali się obcy mi jeszcze wtedy ludzie: Ola, Teresa, Wiesiu i babcie Bronia oraz jamnik Asik. Moją reakcją na każdego była radość tj. merdająca dupka :)

           
Opiekunowie mnie puścili wolno i bardzo szybko przekonali się, ile jeszcze mają ze mną pracy. Jak tylko poczułem się pewniej - to od razu zacząłem zwiedzać okolice. Czy mnie wołali? - zapytacie. Pewnie tak, ale czy mnie to wtedy obchodziło...

7-08-2008r
Dziś znowu mnie zabrali na działkę. Tym razem Pan zaniósł mnie w plecaku. O wiele szybciej poczułem się pewnie i zacząłem harce, ależ Asik dał mi popalić.

           
8-08-2008r
Zaraz jak Pan wrócił z pracy, moi opiekunowie zabrali mnie do lecznicy. Nie żeby coś było nie tak, po prostu dziś wypadało ostatnie szczepienie. W poczekalni było sporo zwierząt - głównie psy i koty. Jednak największe wrażenie zrobił na mnie pewien olbrzym - później dowiedziałem się, że to bernardyn. Zapytacie - czy szczepienie mnie bolało? Haa... może :) Pani doktor znowu posłużyła się wybiegiem i podała mi miseczkę z karmą. Co było później - nie wiem - dla mnie w tym momencie liczyło się już tylko jedno - jedzenie! Do domu wróciłem tym samym środkiem transportu, jakim przyjechałem - na rękach mojego Pana.

           
13,14-09-2008r
W ten weekend moi opiekunowie zabrali mnie na wieś, do domu babci i cioci mojej Pani. Był tam potężny ogrodzony teren podzielony na trzy części: ganek, część rekreacyjną (duuuuużo trawy) i część uprawną (szklarnie, krzaki, drzewa itp.).

Tutaj również poznałem nowych ludzi: babcię Zosię, dwie Marysie, Agnieszkę i wilczura Bajera aka Barry aka Reksio. Sporo czasu spędziliśmy na wspólnych zabawach, przebiegliśmy razem kilka ładnych kilometrów. W pierwszy dzień do domu wróciłem z bąblami na łapkach, padłem na posłanie i przespałem aż do następnego dnia.

           
Ale, ale. Nie myślcie sobie, że czas mi płynął tylko na zabawie! Pan z Panią poświęcili sporo czasu, żeby mnie nauczyć czegoś nowego. I tak, uczyli mnie przywoływania tj. raz jedno raz drugie wołało mnie i jak przyszedłem, dawali mi smakołyk. Po czym pozwalali mi iść bawić się dalej, mówiąc "Idź". Oczywiście nawet jakby tego nie powiedzieli, to i tak bym poszedł, ale starali się wbić mi do główki, że komenda ta oznacza, że mogę się bawić.

           
Kolejną lekcją było chodzenie na smyczy. Wyglądało to tak, że do obroży... ach obroża, zupełnie zapomniałem! Opiekunowie kupili mi smycz i obrożę jakiś czas temu. Rano mi ją zakładają, a wieczorem ściągają, więc jestem już do niej przyzwyczajony. Wracając do tematu. Przypięli mi smycz do obroży i chodzili w kółko powtarzając: "Chodź" jak ruszali i "Stój" jak się zatrzymywali. Jak szedłem nie równo, wyprzedzałem lub zatrzymywałem się, żeby coś powąchać, to wołali "Noga". Wieczorem poszedłem na spacer po przydomowym trawniku, zrobić tam swoją pierwszą kupkę, a że trawy się nażarłem, to wyszedł mi kleks :D


Tworzenie stron WWW