Do zabawy trzeba pary

Allora
08-03-2009

Zaczęło się od tego, że mój Pan przeczytał w księdze gości na mojej stronie wpis Allory.

Allora przedstawiła się jako dziesięciomiesięczna przesympatyczna i miła sunia rasy Cane Corso. Jej Pani słyszała o mnie od naszej wspólnej Pani weterynarz i odwiedziła moją stronkę. Zaprosiła mnie na wspólne bieganie na lotnisku. Kurcze, a ja już z Woodym umówiony...

Moi Państwo dowiedzieli się jednak, że Woody zna się dobrze z Allorą i wymyślili, że możemy się spotkać wszyscy razem. Tak więc pojechaliśmy na łąkę. Jak tylko wysiadłem z auta, coś mi się tak pomyślało, że chyba idę poszaleć z Woodym. Weszliśmy na łąkę, mój Pan mnie spuścił ze smyczy i już po chwili dostrzegłem mojego nowego przyjaciela. Na chwilę się zatrzymałem i już miałem rozpędzić się w jego kierunku, kiedy zobaczyłem, że na łące biegają dwa psy. Hm... nie, nie będę się wyrywać, głupi nie jestem, czekam.

Ja czekam, oni czekają. No i tak sobie siedzimy kilkanaście metrów od siebie. No trudno, ktoś musi zrobić pierwszy krok... a że moi Państwo mnie zostawili i poszli do grupki spacerowiczów, no to podążam za moim stadem.

Ja się ośmieliłem i oni się ośmielili. I zaczęła się zabawa. Ja, Woody i Allora, zaczęliśmy razem biegać. Woodiego już dobrze znam, a suczka na pierwszy rzut oka okazała się całkiem fajna. Na łąkę przyjechała ze swoją Panią - Agnieszką. Trochę była już zmęczona, bo wcześniej przez dwie godziny były na szkoleniu. Lora (tak mówią na nią kumple) jest mądra, chodzi do szkoły i w ogóle jest bardzo grzeczna. No, ona to może i była grzeczna, ale Woody... Ech, zaledwie kilka minut wspólnego szaleństwa wystarczyło, żeby mój kolega zęby pokazał. No kto by pomyślał... Taki fajny, taki miły, a teraz gryźć mnie chce. No, ja nie wiem, o co mu chodzi. Słyszałem tylko, jak nasi Państwo mówili, że zazdrosny o suczkę jest. No, ale Stary, ja jej nie chcę, ja się tylko chcę bawić! Nic nie pomagało. Jak tylko próbowałem podejść bliżej Allory, odganiał mnie zjeżony, jakby miał zamiar za chwilę ugryźć. Wszyscy mnie pocieszali, głaskali i chcieli mi wynagrodzić ten stres, ale to jeszcze tylko pogarszało sytuację. Bo Woody to nawet o głaskanie był zazdrosny.

Ech, nerwus jeden...

Kiedy Lora poszła do domu, Woody zaczął się pomału wyciszać. Ja tam się nie narzucałem, no bo co - ja podejdę, a ten mnie capnie. O niee...

Przeszliśmy tak jedną rundkę i jak ręką odjął, normalnie "stary" kumpel wrócił i nic już nie pamięta. Ale ja pamiętam i jak tylko trochę podrosnę i przytyję, to też go nastraszę ;P

A z Lorą to może kiedyś pobiegam sobie sam, albo w większej grupie, co by się łatwiej było w tłumie schować.



           
           
         

Tworzenie stron WWW